sobota, 25 lutego 2017

Nieudane cotton balls i przepis na solony karmel



Dłuuuuuuuuuuuugo i znacznie dłużej zbierałam się do zrobienia karmelu. Wydawało mi się to skomplikowane, trudne i niebezpieczne :D A bez termometru cukierniczego to już na pewno nie do zrobienia. Dziś nadszedł czas, aby obalić te wszystkie mity i pozbyć się wszelkich uprzedzeń!
Do przyrządzenia rzeczonego słodkiego sosu potrzebujemy jedynie:
125ml kremówki
ziarenka wanilii
3 łyżki wody (1łyżka=15ml)
1/2szk cukru
1/2 łyżeczki soli

Kremówkę mieszamy z wanilią. Wodę i cukier wsypujemy do garnka i umieszczamy na kuchence, na średnim ogniu. Podgrzewamy ok. 8min od rozpuszczenia cukru, aż uzyskamy cudowną ciemnobursztynową barwę (wyczujcie dobrze ten moment, bo gdy zacznie się przypalać, wszystko na nic i możecie zaczynać od nowa!). Następnie stawiamy garnek na blacie (warto podłożyć sobie drewnianą deskę i lnianą ściereczkę). Cienką strużką wlewamy kremówkę- powoli i ostrożnie, jednocześnie dość energicznie mieszając. To jest ten moment, który najbardziej obfituje we wrażenia, bowiem gdy zaczynamy wlewać kremówkę dzieją się "wybuchi pod same dachi". Absolutnie nie pochylajcie się nad garnkiem i uważajcie na twarz! Poparzenie karmelem to naprawdę nieprzyjemna sprawa.
Na sam koniec dodajemy sól i mieszamy. Gotowy karmel przelewamy do słoiczka, zamykamy i po przestudzeniu przechowujemy w lodówce, do ok. 1 tygodnia.

Solony karmel można wykorzystywać jako polewę do naleśników, lodów, gofrów i innych deserów. Można również tworzyć fanastyczne kremy do tortów lub babeczek z jego dodatkiem. A już niedługo na blogu przepis na dekadencką bezę z wykorzystaniem tego wspaniałego płynnego cukru :)

Tymczasem przechodząc do trochę innych tematów...
Jakiś czas temu, bo jakoś w grudniu, miałam wyjątkową "fazę" na różne robótki ręczne. To był chyba efekt tzw. długich zimowych wieczorów ;) Trochę dziergałam z koralików, odkopałam szydełko, a jako że był to czas przedświąteczny postanowiłam zrobić w końcu słynne cotton balls. Miały zdobić mój parapet jako sznur światełek w pastelowych zimowych kolorach... No właśnie, MIAŁY. Bo w międzyczasie coś poszło nietak :D


Zanim zabrałam się do pracy obejrzałam mnóstwo tutoriali na youtube, wydobywając jak najwięcej wskazówek i porad. Cały proces wydawał się dość prosty i nie powinien sprawiać problemów. A jednak :p Po zaopatrzeniu się we wszystkie potrzebne materiały, dumnie zasiadłam do mojego warsztatu pracy. Bardzo przezornie zdecydowałam, że zrobię na próbę cztery kulki.


To była bardzo rozsądna decyzja. To co zastałam drugiego dnia, przerosło moje oczekiwania... Zresztą zobaczcie sami:


Co się stało? No cóż, przez noc balony postanowiły zrobić psikusa i zmniejszyły dość znacznie swoją objętość. No i ten klej, który wcale ładnie nie chciał odejść, ech... Nie powiedziałam jeszcze ostatniego słowa w tym temacie, ale póki co szybko do niego nie wrócę :D A kulki, które tak wyszły, że nie wyszły mimo wszystko zdobią (?) mój parapet.

Let me know co mogłam zrobić źle! :D

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Dziękuję serdecznie za każdy komentarz, jesteście super! :D
Komentarze o treści wulgarnej nie są tolerowane i natychmiast zostaną usunięte. Bardzo proszę o nieumieszczanie reklam.